środa, 18 marca 2015

Rozdział 3

Justine:

Obudziłam się i pierwsze co to skierowałam się do kuchni. Cholernie chciało mi się pić, a nie kojarzę żeby jakoś wczoraj spożyłam dużą ilość procentów. Weszłam do pomieszczenia zwanego kuchnią, wzięłam szklankę i nalałam wody z kranu, po czym wypiłam ją niemal że od razu.
- Dzień dobry. -Usłyszałam męski głos.
- Dzień dobry. - Odpowiedziałam. Chwila! Męski?! Co ja wczoraj robiłam?! Odwróciłam się w stronę dobiegającego głosu. Para brązowych oczu wpatrywała się we mnie. A no tak. Spotkałam Ashley'a, odprowadził mnie, oglądaliśmy razem film, wypiliśmy po drinku i został na noc. - Coś nie tak? - Zapytałam widząc, że ciągle nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Em...nie. - Zmieszał się trochę. - Masz bardzo ładny tatuaż. - Uśmiechnął się do mnie zadziornie. Skąd on wie, że ja mam tatuaż i co najważniejsze: jakim cudem go widział? Spojrzałam w dół. No jasne. On w pełni ubrany, a ja stoję przed nim w czarnej, koronkowej bieliźnie i pięknie prezentuje swój tatuaż na biodrze. Zarumieniłam się, rzuciłam szybkie przepraszam i popędziłam do swojej sypialni. Boże znam go od wczoraj a już musiałam coś odwalić. Mądra ja. Szybko narzuciłam jakieś ciuchy
i wyczesałam włosy. Wróciłam już w pełni ubrana do kuchni. Zastałam tam Ash'a siedzącego przy stole. Postanowiłam ten mały incydent puścić w nie pamięć i zabrałam się za robienie naleśników.

Narracja trzecioosobowa:

Destiny siedziała na lekcji fizyki i zawzięcie myślała. Ale nie o lekcji tylko o pewnym niebieskookim brunecie.  Gdy Ją odprowadził, zaproponował jej spotkanie następnego dnia. Nie mogła się nie zgodzić. Nie chciała stracić osoby z którą tyle ją łączy. Mimo iż poznała go zaledwie wczoraj. No właśnie wczoraj. Ona czuła się jakby znała go od wieków. Zaledwie sześć godzin dzieliło ją od ostatniego dzwonka i spotkania z nim. Cierpliwie doczekała końca zajęć i z wielkim uśmiechem na ustach kierowała się do opuszczenia terenu szkoły. Niestety tuż przed bramą czekała ją nie miła niespodzianka. Mianowicie trzech licealistów z wymalowaną na twarzach chęcią poznęcania się nad gimnazjalistką. Normalnie upadły anioł nie zrobiłby sobie z tego nic, ale nie ona. Ona była jeszcze młoda, jeszcze się uczyła. Wczoraj sama siebie zadziwiła, że umiała przyprzeć do muru prawie dwu metrowego mężczyznę, ale on był jeden i nie walczył z nią, a ich było o trzech za dużo. Mała próbowała się przedostać przez bramkę, ale to nic nie dało zauważyli ją.
- Hej laleczko dokąd to? - Podszedł do niej jeden z trójeczki i uśmiechnął się w ten obrzydliwy sposób. Strach w niej wzrastał z każdą chwilą, ale próbowała nie dać po sobie tego znać. Co z tego, że znajdowali się przy głównej bramie szkoły. Byli poza nią. A wszystko co się dzieje poza nikogo nie obchodzi. Oni mogliby ją zgwałcić i zabić dopiero wtedy mógłby ktoś łaskawie zadzwonić po karawan by zabrali jej zwłoki. Niestety tak było w tej okolicy. Każdy musiał radzić sobie sam. Jeden z nich zbliżył się do niej. Ona się cofała, niestety drogę zagrodziło jej drzewo. Mocno się o nie oparła z nadzieją, że mimo strachu uda jej się je przewrócić i będzie miała drogę ucieczki. Niestety strach był silniejszy. Napastnik wbił jej mocno palce w biodra i przylgnął do niej. Jego ręka powędrowała pod jej bluzkę, przesunął dłonią w górę jej talii i ścisnął jej pierś. Z pod powiek dziewczyny wyleciały słone łzy. Pozostała dwójka stała po bokach i przyglądała się co ich kumpel robi z niewinną szesnastolatką.
- Zostawcie ją! - Głośny krzyk dotarł do uszu Destiny. Trzech licealistów odwrócili się w stronę dobiegającego głosu. Miny im zrzedły gdy zobaczyli przed sobą prawie dwu metrowego, dwudziestoletniego mężczyznę. W ułamku sekundy ten który dotykał dziewczyny leżał na ziemi z rozwaloną wargą. Potem polegli pozostali dwaj. Wybawca podszedł do ofiary napaści, kucnął przy niej i zapytał: - Nic ci się nie stało Des? - Podniosła wzrok i ujrzała te niebieskie tęczówki, które tak bardzo chciała dziś zobaczyć. Uśmiechnęła się słabo i pokręciła przecząco głową. Mimo tego co się przed chwilą wydarzyło cieszyła się, że go widzi. Andy przytulił ją.
                
Perspektywa Diany:                                                                                                                                     
Dziś wyjątkowo siedziałam za kasą. Ruch był taki jak zawsze. Nie byliśmy zbyt popularni. Moją uwagę przykuł pewien chłopak, który właśnie wchodził do restauracji. Miał długie, czarne włosy, był ubrany w czarne rurki z dziurami na kolanach i czarny t-shirt z powpinanymi agrafkami. Był na prawdę przystojny. Usiadł przy jednym ze stolików. Niemalże od razu jedna z kelnerek podeszła po jego zamówienie. Co był dziwne bo przeważnie jest tak, że klienci sami podchodzą do kasy i zamawiają, a kelnerki roznoszą. 
   Chłopak coś mówił do dziewczyny a potem podał jej jakąś kartkę, spojrzał na mnie, wstał i wyszedł. To było trochę dziwne, ale uśmiech sam cisnął się na usta widząc wkurzoną minę tej kelnerki. Podeszła ze wściekłością do mnie i rzuciła we mnie tą kartką. Ja się cały czas śmiałam pod nosem. Podniosłam kawałek papieru i rozłożyłam go. Było tam napisane: Spotkajmy się w parku tym samym, którym wracałaś z imprezy. Przyjdź jak skończysz pracę. Będę czekał. Przeraziłam się trochę, ponieważ jestem niemal pewna, że to on mnie wtedy śledził. Boję się trochę tego spotkania, ale pójdę na nie. Nawet jeżeli by przyszło mu coś głupiego do głowy raczej sobie z nim poradzę. Więc zaraz po skończonej pracy poszłam do tego parku, tylko nie wiedziałam gdzie konkretnie mam się z nim spotkać. Ale po kilku minutach dostrzegłam go siedzącego na ławce. Podeszłam do niego i powiedziałam:                                                                                                                                            - Cześć. - Wstał i odwrócił się do mnie.                                                                                                 
- Cześć. - Odpowiedział i się uśmiechnął do mnie.                                                                                  
***
Tak jak mówiłam. Wróciłam.


Informacja.

Cześć wszystkim. Wiem przez bardzo długi czas mnie nie było, ale mam wszystko przemyślane i wracam z nowymi siłami do działania. Chciałam też was zaprosić na mojego drugiego bloga:

I am every dream you lost and never found.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Rozdział 2


 

Justine:


Obudziłam się przez natarczywy budzik. Leniwie podeszłam do szafy i wybrałam z niej to
Wzięłam ciuchy do łazienki. Związałam włosy w wysoki kok na czubku głowy, zrzuciłam piżamę i weszłam pod prysznic w celu rozbudzenia się. Co jak co, ale trzy godzin snu nie są przyjemne. Wyszłam z kabiny prysznicowej, wytarłam się dokładnie czarnym, miękkim ręcznikiem, ubrałam się i rozczesałam włosy. Zrobiłam jeszcze lekki makijaż to znaczy pomadka i kredka pod oko. Zeszłam do kuchni, wzięłam jabłko i usiadłam na blacie. Zerknęłam na zegarek aby zobaczyć ile mam jeszcze czasu. Gdy tylko zobaczyłam godzinę od razu popędziłam do drzwi wyjściowych, zamykając je za sobą. Pobiegłam przez mój system zabezpieczeń, pamiętając o dokładnym ukryciu tej drogi. W kilka minut dobiegłam do przystanku. W samą porę, ponieważ autobus już miał odjeżdżać. Usiadłam na ostatnim miejscu. Na miejsce pracy dotarłam punktualnie. Zasiadłam za swoje biurko i zaczęłam przeglądać materiały. Miałam napisać artykuł na temat gali, która odbędzie się za jakieś dwa tygodnie. Gdy miałam już skończony tekst zabrałam się za wybieranie zdjęcia. Po skończeniu przesłałam plik do Amber. Ona jest odpowiedzialna za ułożenie całego magazyny i przesłanie do drukarni. Teraz miałam pół godziny przerwy. Miałam iść do parku aby sobie odpocząć, ale krótki sen dał o sobie się we znaki. Poszłam więc do sklepu w celu kupieniu jakiegoś napoju energetycznego. Ugh...cały czas czuję, że ktoś mnie śledzi. Wczoraj myślałam, że to wygnaniec ale teraz? Już nic nie pojmuje. Zignorowałam moje podejrzenia i przeszłam do działu z napojami. Wzięłam puszkę monstera i skierowałam się do kasy. Przez ułamek sekundy, jakby mi coś czarnego mignęło przed oczami. Nie zwróciłam na to szczególnej uwagi i ruszyłam do wyjścia. Wracałam spokojnie do miejsca pracy, popijając mój napój. A przynajmniej chciałam wrócić spokojnie, ale ciągle miałam wrażenie, że ktoś za mną idzie, a gdy się odwracałam nikogo nie zauważałam. Pod budynkiem skończyłam pić energy drink'a i puszkę wyrzuciłam do kosza na śmieci. Wróciłam na swoje stanowisko. Miałam jeszcze do załatwienia trochę papierkowej roboty związanej z wypłatą i mogłam wracać.
                                                                 ***
Szłam spokojnie drogą "powrotną" do domu, ale tak na prawdę chciałam trochę oszukać tropiciela. Weszłam w dość gęsty las i zaczęłam biec. Szybko upatrzyłam sobie jakieś masywne drzewo i weszłam na nie. Po chwili zobaczyłam mężczyznę pod drzewem, który nerwowo rozglądał się na wszystkie strony. Z dosyć dużej wysokości mogłam dostrzec jego bardzo delikatne i wyraźne rysy twarzy. Którą z kolei otaczały długie, czarne włosy z jednej strony krótsze. Jego ciało okrywała tylko czarna, skórzana kamizelka.  Dzięki czemu mogłam zobaczyć napis, który miał na brzuchu "OUTLAW" i wiele licznych innych tatuaży na rękach. Na nogach miał czarne rurki z kilkoma przecięciami oraz czarne kowbojki. Do spodni miał doczepione łańcuchy i bandamki. Na twarzy miał ostry makijaż. Postanowiłam go zaskoczyć i gdy był przodem do "mojego" drzewa, zeskoczyłam z gałęzi, popychając go i tym samym siadając na nim okrakiem, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Mężczyzna popatrzył na mnie ze strachem.
- Kim jesteś i czemu do cholery mnie śledzisz?! - Zaczęłam się wydzierać.
- Spokojnie. Nie chcę ci zrobić krzywdy. - Próbował mnie uspokoić.
- Krzywdę to zaraz ja ci zrobię jeśli nie zaczniesz odpowiadać!
- No dobrze. - Spojrzał na mnie przyjaźnie, więc zeszłam z niego. Wstał. Ja stałam na przeciwko niego czekając na wyjaśnienia. - Po prostu mnie zainteresowałaś.
- Co zrobiła? Zainteresowałam? - Patrzyłam na niego ze zdziwieniem.
- Tak. - Modliłam się w duchu, aby to był przypadek i błagałam o to, żeby nie zobaczył moich zdolności. - Widziałem twoją szybkość i siłę. - Zamarłam. Patrzyłam na niego z przerażeniem w oczach. Jednak spróbowałam się z tego wyplątać.
- No wiesz treningi robią swoje.
- A jak wyjaśnisz świetny słuch, wzrok i węch? - Skąd on to wie?
- Emm... - Zatkało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć. - Skąd to wiesz?
- Bo ja też jestem upadłym. - No tym to mnie zaskoczył, ale w głębi duszy cieszyłam się z tego, że spotkałam kogoś podobnego do mnie. - Mam na imię Ashley. - Wyciągnął do mnie rękę.
- Justine. - Uścisnęłam ją. - Tak jestem upadłą.
- Widzisz mówiłem, że nie zrobię ci krzywdy. - Uśmiechnął się uwodzicielsko.
- No tak. Ale czegoś nie rozumiem.
- Czego?
- Dlaczego po prostu nie podszedłeś i nie powiedziałeś mi tego, zamiast mnie śledzić?
- No wiesz ciężko było do ciebie podejść zważywszy na to, że cały czas albo uciekałaś, albo mnie nie zauważałaś.
- Masz rację. Wybacz.
- Może dasz się odprowadzić do domu. - Zaproponował po chwili. W sumie to czemu nie. Zastanawiałam się chwilę, ale się zgodziłam. Polubiłam go i nabrałam do niego jakiegoś zaufania. Nie wiem jak to określić. Po prostu nie bałam się, że coś mi zrobi, że pozna drogę do mojego domu lub, że wszystkim rozpowie kim jestem. Oczywiście to nie było całkowite zaufanie, ale myślę, że na tym się nie skończy. Cała droga minęła nam na poznawaniu siebie. W końcu dotarliśmy do magazynu. Przeszliśmy wszystkie zabezpieczenia i znaleźliśmy się pod drzwiami domu. Wyjęłam klucze i otworzyła.
- Zapraszam. - Zachęciłam chłopaka do wejścia. Po przekroczeniu progu przeszliśmy do salonu. - Napijesz się czegoś? - Zaproponowałam. - Kawa, herbata, może coś mocniejszego? - Wymieniałam.
- To może coś mocniejszego. - Wybrał uśmiechając się do mnie.
- Okej. Rozgość się. - Odwzajemniłam uśmiech i poszłam do kuchni w celu zrobienia drinków, a po kilku minutach były gotowe. Wróciłam do salonu i podałam jednego chłopakowi, sama pociągnęłam łyk swojego, odstawiając potem na stolik przed kanapą, na której siedzieliśmy. Przez chwilę panowała dosyć krępująca cisza, ale Ash chyba postanowił ją przerwać.
- Masz bardzo ciekawy system zabezpieczeń. - Zaczął się śmiać. - Jak na niego wpadłaś?
- To nie ja go wymyśliłam, tylko moi rodzice. To po nich mam ten dom i to dzięki nim zostałam upadłą. - Po moim policzku spłynęła jedna łza. Szybko ją starłam.
- Hej przepraszam nie chcę, żebyś płakała. - Spoważniał szybko. - Wiem to było chamskie wybacz. - Przybliżył się do mnie i przytulił.
- Spokojnie to nie twoja wina. - Ogarnęłam się trochę. - Masz ochotę na film? - Chciałam zmienić temat.
- Pewnie. - Uśmiechnął się pocieszająco. Podeszłam do półki z płytami i wybrałam pierwszy lepszy horror. Włączyłam i usiadła z powrotem na kanapie. Zwykle nie boję się horrorów, ale ten był straszny. Boże co ja włączyłam? Cały  czas przytulałam się do Ash'a. Nie przejmowałam się, że poznałam go kilka godzin temu. Chciałam mieć kogoś przy sobie. Na szczęście film się skończył. Ashley miał wychodzić, ale zdążyłam zaproponować mu nocleg nim się ugryzłam w język. Chłopak przystał na moją propozycję. Poszłam na górę i przygotowałam łóżko w pokoju w którym będzie spać. Znalazłam jakiś dużo za duży na mnie czarny t-shirt i mu go dałam jako piżamę. Powiedzieliśmy sobie dobranoc i poszliśmy do pokoi. Jak dobrze, że jutro mam wolne.
                                                                                                                                                                
Jej w końcu się zebrałam. Nie wiem dlaczego wcześniej nie dodałam tego rozdziału. Miałam go gotowego na kartkach jeszcze w roku szkolnym, ale tak jakoś nie chciało mi się przepisywać. Wole pisać na klawiaturze niż papierze, więc proszę o wyrozumiałość.


środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 1

 

Justine:

Biegnę. Biegnę przez las. Wokół mnie nic nie ma oprócz drzew. Dobiegłam do rzeki a raczej strumyka. Cisza. Nic nie słychać tylko szum wody i szelest liści kołyszących przez leciutki wiatr. Usłyszałam nagle trzask. Gwałtownie się obróciłam w tamtą stronę. Nic nie zobaczyłam. Coś mi mignęło przed oczami. Wystraszyłam się. Przeskoczyłam strumyk i pobiegłam dalej. Nie mogłam doprowadzić ich do mojej kryjówki, potocznie zwanej domem. "Jak mnie tu znaleźli?" "Jak natrafili na moje ślady?" "Przecież wszystkie zatarłam" Te myśli mnie męczyły. Powoli zmęczenie mnie dopadało. Z biegu zwolniłam do szybkiego marszu. Chodziłam po lesie całą noc. Już zaczynało wychodzić słońce, więc raczej się nie pojawią. Doszłam do starego magazynu. Heh...zawsze jak tędy przechodzę to myślę o tych bezmyślnych ludziach. Po co stawiać magazyn po środku lasu, jak się wie, że nie będzie się go używać. Mimo iż są do nas podobni z wyglądu to tok myślenia mają zupełnie inny. Hmm...jak to było? 10 kroków za magazyn. Tak? Tak. Przeszłam te kroki. Przed sobą miałam tak jakby ścianę z krzaków. Przesunęłam kilka gałęzi i ukazała się przede mną mała ścieżka. Idąc nią doszłam do wysokiego, betonowego muru, o niego był oparty głaz. Przesunęłam go i weszłam przez dziurę za mur. Kilka metrów dalej ukazała się polana, a na niej piękna, nowoczesna i dosyć duża willa.                                                                               












Tak to mój dom. Żaden z wygnanych nie jest na tyle inteligenty, żeby znaleźć to miejsce. Odziedziczyłam je po rodzicach. Moja mama po urodzeniu mnie podjęła decyzję aby odejść. Tata zrobił to samo. Chcieli abym miała własny wybór, dlatego przekazali mnie pod opiekę innym aniołom. Oni mnie nie rozumieli. Gdy miałam 16 lat dostałam list. W jego treści były zawarte informacje o moich prawdziwych rodzicach. Było tam napisane, że naruszyli barierę i musieli zginąć. Nie dotknęło  mnie to aż tak bardzo, ale ucieszyłam się gdy przeczytałam, że zostawili mi swoją kryjówkę na Ziemi, gdybym postanowiła odejść. Skorzystałam z tej okazji i tydzień po otrzymaniu listu odeszłam z Nieba. W ten sposób zostałam upadłym aniołem. Mam już 19 lat i dobrze sobie radzę jako upadła. Dziś był pierwszy raz kiedy jeden z wygnanych natrafił na mój ślad. Jestem Justine. Wolny czas spędzam przeważnie między ludźmi. Lubię ich towarzystwo. Mimo iż wspomniałam wcześniej, że myśli mają inne. Najlepsze jest to, że nikt z nich nie wiem kim jestem i kim byłam. Po prostu traktują mnie jak jedną z nich. Chciałabym znaleźć innych upadłych i żyć w grupie z osobami z którymi mogłabym być szczera, ale to raczej nie możliwe, ponieważ na chwilę obecną upadłych jest chyba znacznie mniej niż było wcześniej. Już przyzwyczaiłam się do tego, że muszę udawać osobę którą nie jestem. Jest godzina 4:00. Za cztery godziny muszę być w pracy. Tak musimy pracować w ludzkim świcie aby przeżyć. Ja pracuję jako dziennikarka w gazecie Kerrang! Nie przeprowadzam wywiadów i nie robię zdjęć. Pisze artykuły z materiałów które otrzymam. Ja sama nie szukam tematów ani sensacji. Nie chcę się wychylać. Te cztery godziny pozostawię na sen. Nie mam ochoty, żeby w pracy wyglądać jak zombie. Weszłam do sypialni. Nastawiłam jeszcze budzik na 7:00 i położyłam się na łóżku. Od razu zasnęłam.

W tym samym czasie. Diana:

Głośna muzyka doprowadzała mnie do szału. Piłam już chyba czwartego drinka. Moje koleżanki pewnie już są w pokojach dyskotekowych z nowo poznanymi kolegami. Dobra, nie będę tutaj stała jak jakiś forever alone. Wypatrzyłam jakiegoś dosyć przystojnego szatyna. Wydawał się być na wpół trzeźwy. Podeszłam do niego, uśmiechnęłam się zalotnie i pociągnęłam za koszulkę na parkiet. On się tylko uśmiechnął i objął mnie w talii. Zaczęłam poruszać się w rytm piosenki. Jego ręce z talii zaczęły przesuwać się coraz niżej. Złapał mnie za tyłek, przysunął do siebie i zaczął całować moją szyję. O nie! Tak to nie będziemy się bawić! Spróbowałam go odepchnąć normalną siłą.
- No co jest? Nie podoba się? - Wymruczał mi do ucha.
- Odczep się po dobroci. - Warknęłam do niego.
- A jak nie? - Znacząco popatrzył mi w oczy.
- To to! - Użyłam całej swojej siły i go odepchnęłam. Poleciał aż pod sam bar i uderzył w niego głową. Wstał powoli i patrzył się na mnie ze strachem. Ja uśmiechnęłam się kpiąco i spojrzałam na niego z wyższością. W takiej postawie opuściłam klub. Cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Było ciemno. A jeżeli któryś z wygnanych widział tą akcję?  Już po mnie. Oddaliłam się od klubu w stronę parku. Usłyszałam jakieś kroki za mną. Obróciłam się ale nic nie zobaczyłam. Przyspieszyłam kroku. Niestety wysokie obcasy uniemożliwiały mi bieg. Krążyłam po całym parku. Na wszelki wypadek gdyby to był jednak wygnaniec, jeżeli byłby to człowiek to nie mam się czego bać. Spokojnie sobie z nim poradzę. Ludzie przecież są od nas słabsi. Heh...nas. Czasami czuję się jak jedyna upadła ale wiem, że na pewno gdzieś tutaj jeszcze są inni, tylko po prostu jest ich mniej. Ja jestem Diana. Mam 20 lat. Pewnie jak już zauważyliście lubię imprezy. Ludzie nie wiedzą kim jestem i  to jest bardzo pożyteczne. Ten strach i zdziwienie w ludzkich oczach kiedy pokażesz jakąś nadludzką zdolność jest niesamowity.Oczywiście nie chodzi mi tutaj o czary. Nie. Nie mam najmniejszej ochoty na naruszenie bariery. Chciałabym jeszcze trochę pożyć. Słońce już wzeszło więc na spokojnie mogę wrócić do domu. Mieszkam w mieszkaniu w bloku. Nie miałam pomysłu na zabezpieczenia przed wygnanymi i tak nie wiedzą, że to akurat ja jestem jedną z upadłych. A tak a propos tych upadłych fajnie by było żyć w grupie. Miałabym z kim szczerze porozmawiać i nie musiałabym się ukrywać ze swoimi zdolnościami. Jestem już w swoim mieszkaniu. Jest godzina 5:00. Restaurację otwierają o 10:00 więc mam pięć godzin snu. Tak owszem pracuję jako kelnerka w restauracji. Nie zastanawiając się wskoczyłam do łóżka i zasnęłam.

Dzień następny. Alice:

Obudził mnie budzik. Niechętnie wstałam i podeszłam do szafy, bo przecież w piżamie do pracy nie pójdę. Pracuję jako kasjerka w sklepie. A co do szafy to wybrałam z niej to
Ubrałam się i spokojnie poszłam do kuchni. Zjadłam śniadanie, wzięłam torebkę i poszłam na przystanek. Miałam wrażenie jakby ktoś mnie śledził. To nie mógł być nikt z wygnanych bo już bym dawno słyszała przeraźliwy wrzask i zobaczyła tylko popiół za sobą. Na przystanku autobusowym byłam sama ale nadal czułam na sobie czyjś wzrok. Gdy się rozglądałam to nikogo wokół mnie nie było. Mimo iż jestem upadłą i mam wyostrzone zmysły to i tak się trochę boję. Nadjechał autobus. Wsiadłam do niego. Gdy odjechaliśmy kawałek od przystanku poczucie śledzonym zniknęło. Ten ktoś najwyraźniej nie chciał się ujawniać. Wysiadłam z pojazdu i skierowałam się w stronę sklepu. Znowu czułam na sobie spojrzenia ale tutaj już było tłoczniej. Weszłam do sklepu, przywitałam się z szefową i zajęłam swoje stanowisko. Dziś jak co rano jest duży ruch w sklepie, bo ludzie kupują świeże produkty. Po uporaniu się ze wszystkimi klientami miałam chwilę dla siebie. To znaczy na poczytanie jakiejś gazety za ladą czy coś podobnego. Sięgnęłam po gazetę którą tu ostatnio zostawiłam. Zaczęłam ją przeglądać ale za nic nie mogłam się skupić. Czułam, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się po sklepie i nic. Dziwne. Po pracy postanowiłam pójść na zakupy. Nie zważałam już na to uczucie. Przecież jak to człowiek to mi nic nie zrobi prędzej ja jemu. Kupiłam jakieś małe drobiazgi. Gdy wyszłam z galerii było już ciemno. No ładnie nie sądziłam, że tyle czasu tam spędziłam i na dodatek odjechał mi mój ostatni autobus. Czyli powrót na nogach. Szłam spokojnie chodnikiem. Tym razem usłyszałam kroki za mną nie odwróciłam się. Jakby to był wygnany to był daleko za mną i gdyby zobaczył jak się odwracam wiedziałby, że mam dobry słuch i by się zorientował, że jestem upadłym aniołem. Niektórzy wątpią w inteligencję wygnańców ale ja nie. Ostrożności nigdy za wiele. Chodziłam przez całą noc po mieście, żeby tylko znudzić tego ktosia i żeby sobie odpuścił. Słońce już wyszło więc bez obaw mogę wrócić do domu. A tak na marginesie to jestem Alice i mam 20 lat. Jestem trochę przewrażliwiona i nieśmiała ale myślę, że z czasem mi przejdzie. Podeszłam pod moją klatkę i doczłapałam się schodami na czwarte piętro. Naprawdę tak trudno było zamontować windę. Weszłam do mieszkania, rzuciłam torby w kąt i wyłożyłam się na łóżku. Dobrze, że dzisiaj mam wolne. Bez zastanowienia udałam się do krainy morfeusza.

W tym samym czasie. Destiny:

Szłam ulicą do szkoły. Tak niestety ja tam jeszcze muszę chodzić. Nazywam się Destiny i mam 16 lat. Pewnie zastanawiacie się jak zostałam upadłą. No cóż ja się taka urodziłam. Moi rodzice odeszli gdy mnie nie było jeszcze w planach. Byli w sobie zakochani i z miłości robili dla siebie nawzajem wszystko. Gdy moja mama była w ciąży zachciało się moim rodzicom magi. Tak, naruszyli barierę. Strażnicy byli jednak tak łaskawi, że oszczędzili ich aż do momentu porodu. Gdy ja pojawiłam się na świecie ich zabili. Obecnie mieszkam w domu dziecka. Przez te wszystkie lata nikt nie chciał mnie zaadoptować. Wszyscy uważali, że jestem nieśmiała i dziwna. Ale ja się bałam ludzi. Z czasem mi przeszło ale kto teraz zaadoptuje szesnastolatkę? Obecnie czekam na osiemnaste urodziny i się wynoszę z tego miejsca. Jestem na terenie szkoły. Wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje z za rogu szkoły. Szłam w tamtą stronę aby się upewnić, ale usłyszałam dzwonek. Darowałam sobie i poszłam na lekcję. Dzień w szkole minął bardzo szybko. Jestem już po lekcjach i nadal mam wrażenie jakby mnie ktoś śledził. Skręciłam w ślepą uliczkę i schowałam się za kartonami. Czekałam aż ten ktoś się pokaże. Za rogu wyłonił się młody mężczyzna. Miał długie, czarne włosy przewiązane chustą tak jak wiąże się na głowie bandanę. Był ubrany w skórzane, obcisłe spodnie w niektórych miejscach miały przypięte agrafki. Miał również wy ćwiekowany pas. Górna część garderoby składała się jedynie z kamizelki powybijanej ćwiekami. Na rękach miał czarne rękawiczki bez palców. Jego ręce były czarne a na twarzy miał dosyć oryginalny makijaż. Rozglądał się uważnie jakby czegoś szukał. No tak śledził mnie. Ale po co? Postanowiłam wyjść. Chłopak gdy tylko mnie zobaczył chciał uciec, ale ja do niego podbiegłam i przycisnęłam do ściany. Musiało to komicznie wyglądać ponieważ on był ode mnie dużo wyższy.
- Po co mnie śledziłeś? - Zapytałam z grobową miną.
- Nie śledziłem cię. Ja tylko cię obserwowałem. - Powiedział zakłopotany.
- Że co? Po co? - Mówiłam gdy już go puściłam.
- Ponieważ kiedyś natrafiłem na ciebie i zaintrygowały mnie twoje zdolności. - Uciekał od mojego wzroku. Wystraszyłam się jego słów.
- Ale co konkretnie widziałeś? - Zapytałam ze strachem w oczach.
- Twoją szybkość i siłę a dziś się to potwierdziło. - Boże. Ale chwila skąd on może wiedzieć o upadłych. To tylko człowiek. - Jesteś upadłą prawda? - Cholera. On czyta w myślach? Dobra Destiny skup się, wyplątasz się z tego.
- Że niby kim?...Upadłą?...Nieee. - Tak udawanie idiotki to chyba jedyny sposób w moim wykonaniu.
- Nie bój się. Spokojnie. Ja też jestem upadłym. - Moja reakcja to faceplam.
- Naprawdę?
- Tak, myślisz, że normalny człowiek by tak wyglądał. - No trochę w tym racji miał, ale nie całkiem. Ja tak nie wyglądam choć upadłą jestem, ale to dlatego ponieważ chcę się dopasować do ludzi. - A tak w ogóle to jestem Andy. - Podał mi dłoń.
- Destiny. - Uścisnęłam jego dłoń.
- Dasz się odprowadzić do domu? - Zapytał z nadzieją.
- Pewnie. - Zgodziłam się. Wydaje się całkiem w porządku. Jestem ciekawa jak to jest spędzać czas z kimś podobnym do ciebie. Gdy wracaliśmy rozmawialiśmy na temat w jaki sposób zostaliśmy upadłymi, na temat wygnańców, na temat ludzi, aniołów. Rozmawialiśmy na tematy na które z człowiekiem nie porozmawiasz.

Czas ten sam. Roxana:s

Wyszykowana skierowałam się w stronę mojej pracy. A pracuję w firmie projektującej ubrania. Tak, jestem projektantką, a owa firma nazywa się Medstyle (od autora: w "młodości" naoglądałam się nickelodeon, a szczególnie serialu pt. "True Jackson" więc stąd ta nazwa. ;p To były takie słowa wyjaśnienia ;p)Przez całą drogę czułam się śledzona. Po przekroczeniu progu firmy to uczucie znikło. Przywitałam się z recepcjonistom, moją asystentką i poszłam do swojego biura. Dziś miałam się zająć projektem sukni. W sumie to sam projekt już mam tylko trzeba to jeszcze uszyć. Poprosiłam asystentkę o materiały i nitki. Po otrzymaniu ich zasiadłam do maszyny i zaczęłam. Cały projekt wyglądał tak:
( od autora: to jest przypadkowe znalezione zdjęcie. ) Tworzenie tej sukni zajęło mi cały dzień i nawet nie skończyłam. Zostawiłam wszystko tak jak jest by później móc się szybciej odnaleźć. Pożegnałam się ze wszystkimi i ruszyłam do domu okrężną drogą. Cóż to nie był dobry pomysł, ponieważ faktycznie mnie ktoś śledził. To na pewno nie wygnaniec. Na pewno. Odwróciłam się ale za mną nic nie było. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam dalej. Ja to się nawet chyba nie przedstawiłam. Mam na imię Roxana i mam 23 lata. Wiem stara jestem. Boże na serio ktoś mnie śledzi. Weszłam do małego lasku i schowałam się za jedno z drzew. Wychyliłam leciutko głowę tak by mnie nikt nie zobaczył. Po chwili ujrzałam wysokiego mężczyznę. Miał długie, czarne włosy, dosyć ostry makijaż. Był całkiem przystojny. Przez głowę miał przewiązaną czarną bandankę. Ubrany był w skórzaną kurtkę i czarne rurki. Chyba mnie zauważył bo zaczął się wycofywać.
- Nie czekaj! - Wybiegłam za drzewa i krzyknęłam.
- Coś się stało? - Zapytał z troską.
- Nie tylko chciałam wiedzieć dlaczego mnie śledziłeś? - Zapytałam z nadzieją, że mi odpowie.
- Ja po prostu chciałem cię bliżej poznać. - Odpowiedział zawstydzony.
- To dlaczego nie podszedłeś normalnie jak człowiek i nie porozmawiałeś ze mną?
- Po pierwsze to się bałem a po drugie to problem w tym, że ja nie jestem człowiekiem. - Drugą część zdania wypowiedział szeptem i spuścił głowę. Czyżbym znalazła kogoś podobnego do mnie?
- Jak nie człowiekiem to kim?
- Upadłym aniołem. - A jednak. Boże nie wierzę w to co się stało. A już traciłam nadzieję, że są inni upadli.
- Nie przejmuj się, ponieważ ja też jestem upadłą. - Uśmiechnęłam się zachęcająco. On odwzajemnił uśmiech. - Jestem Roxana.
- Christian ale możesz mi mówić CC. - Podaliśmy sobie dłonie. CC zaproponował, że mnie odprowadzi. Przystałam na jego propozycję. Maszerowaliśmy rozmawiając na różne tematy. Jeszcze z nikim nie czułam się tak sobą.
                                                                                                                                                                       
Ugh...skończyłam. Nawet nie wiecie jak się męczyłam z tym rozdziałem. Masakra jakaś. Ale jakoś zaczęłam. Mam nadzieję, że się spodoba.
P.s. Do każdego rozdziału będę się starała dodawać jakieś piosenki by się lepiej czytało :)


wtorek, 1 kwietnia 2014

Coś na początek :)

Jak już pewnie zauważyliście postanowiłam założyć nowego bloga. Ten tak jak i pierwszy będzie Fan fiction o BVB. To opowiadanie będzie miało więcej fantastyki niż faktów ale mam nadzieję, że dzięki temu będzie ciekawsze. Tytuł bloga to wers z piosenki fallen angel oczywiście black veil brides. Podobnie jak przetłumaczony tekst na boku strony. Całość to będzie historia trzech światów zupełnie od siebie różnych a jednak podobnych. Przynajmniej tak mam przewidziane ;p Moją wizją jest też, żeby to było opowiadanie akcji. Nie obiecuje, że ten blog będzie wybitnie pisany. Myślę, że jak polubiliście poprzednie opowiadanie to i to wam przypadnie do gustu. Albo nie? Nie wiem. Ocenę już zostawiam wam a ja zabieram się za bohaterów i pierwszy rozdział.

BlackLady